Kolejny dzień mija. Kolejny dzień więcej. Miesiąc. Rok... A my nadal mówimy: "jutro, jutro". Marnujemy nie tylko chwile, ale marnujemy dni i miesiące. Marnujemy lata, aż w końcu marnujemy życie. Myślimy, że mając osiemnaście lat mamy przed sobą jeszcze nieskończenie wiele czasu, a prawda jest taka, że tak szybko, jak mrugniemy okiem, tak szybko stajemy się zgarbionymi staruszkami, którym pozostała już tylko modlitwa o to, by przeżyć kolejny dzień.
Marzenia są dobrą sprawą. Dzięki marzeniom możemy kreować swój własny, lepszy świat, ale rzecz w tym, abyśmy potrafili stworzyć ten lepszy świat i wprowadzić go w "obieg". Mogę codziennie wymyślać na jaki koncert pojadę, w jaką podróż się udam, ile nowych ludzi poznam... Ale jaki jest tego sens, jeśli ograniczam się jedynie do marzeń, nie wprowadzam w swoje życie tego, co chciałabym, aby się w nim pojawiło? Sądzę, że... żaden.
Podobno trzeba unieść głowę do góry i iść po to, co nam się należy, dobrze znać swoją wartość i korzystać z tego, co daje nam życie. Bóg nie stworzył nas po to, abyśmy szli najprostszymi ścieżkami. Trzeba tworzyć sobie wyzwania, cele i dążyć do ich spełniania. A my co robimy zamiast tego? Trwonimy życie. Nikt nie zwróci nam ani jednej sekundy z naszego życia. Zapewne dopiero, gdy będziemy już na granicy życia i śmierci, docenimy każdą minutę, która była nam dana. Najprawdopodobniej będziemy żałować każdej sekundy, która została przez nas bezsensownie zmarnowana. Każdej chwili, w której czuliśmy nienawiść. Nienawiść to bez wątpienia problem. Ale nie osoby, do której ją kierujemy, tylko nasz. Bolesna (a może i niekoniecznie) prawda.
Od jakiegoś czasu uczę się żyć od nowa. Z nową kartą. Inaczej dla tych samych ludzi. Milej. Czy dam radę... to się jeszcze okaże. Ale po co ciskać w siebie niepotrzebnymi słowami, bluzgami i innymi "magicznymi" słowami.
Dopiero w momencie, gdy trudno będzie nam już nawet otworzyć powieki przyjdzie nam zrobić rachunek sumienia ze wszystkich zmarnowanych chwil, ze wszystkich momentów, których żałujemy, ze wszystkich niewykorzystanych szans, ze wszystkiego, co w naszym życiu było nie tak...
środa, 25 grudnia 2013
poniedziałek, 16 grudnia 2013
17
Życie niestety nauczyło nas tego, by nie zauważać małych rzeczy. Proste sytuacje omijamy, pamiętamy tylko złe incydenty, nie potrafimy zauważyć tych dobrych...
Nie zwrócisz uwagi na spontaniczny uśmiech przypadkowego przechodnia, nie zauważysz go, tak jak nie zauważasz tych malutkich rzeczy, które mogą kosztować wiele wysiłku. Ciężko jest zauważyć coś, co praktycznie nie przybiera rozmiarów.
Nie zauważysz mojej blizny na twarzy, dopóki nie powiem Ci, w którym miejscu się znajduje. Nie zostało w nas nic z dziecięcości. Dorośliśmy. Mniej lub bardziej, ale niestety - stało się. Gdzie te czasy, kiedy całe dnie spędzało się poza domem na grze w chowanego, czy (że ja się nie zabiłam) łażeniu po drzewach? Kiedyś potrafiliśmy śmiać się i cieszyć z byle czego. Teraz powinno być tak samo. Może jesteśmy bardziej świadomi tego, co się obok nas dzieje. Może powiedzenie "małe dziecko - mały kłopot, duże dziecko - duży kłopot" odczytane nieco inaczej... ma sens. Tylko, że podobno to wyjątek potwierdza regułę, więc dlaczego nie być tym wyjątkiem?
Tajemnica szczęścia podobno polega na tym, że żeby cieszyć się z dużych rzeczy, najpierw trzeba cieszyć się z małych. Radość nie ma ceny, jest za darmo, więc dlaczego z niej nie korzystać?
Dziwi mnie to, że w dzisiejszych czasach nieco modne stało się bycie smutnym i nieszczęśliwym. Na siłę próbujemy pokazać światu, że to my jesteśmy w gorszej sytuacji i to nam trzeba współczuć. Mimo wszystko trzeba się starać chodzić z podniesioną głową i omijać te wszystkie ewentualne smutki. Po co samemu dobijać się jeszcze bardziej? Nie prościej jest zadbać o własne szczęście i walczyć o nie? Tak po prostu...
Do pełni szczęścia brakuje mi teraz jakiegoś ogniska, ale takiego gitarą, plecakami i namiotem. Gdzieś w podróży. Do pełni szczęścia brakuje mi teraz gór i wycieczek. Do pełni szczęścia brakuje mi teraz jakiejś podróży. Ochhh, wakacje... muszą być niesamowite.
Pora wziąć sprawy w swoje ręce i zawalczyć o to, na czym nam zależy. Nie patrzeć na zdanie innych ludzi i na ich opinie. Pora w końcu zacząć myśleć o tym, co być może uczyni nas szczęśliwymi.
Nie zwrócisz uwagi na spontaniczny uśmiech przypadkowego przechodnia, nie zauważysz go, tak jak nie zauważasz tych malutkich rzeczy, które mogą kosztować wiele wysiłku. Ciężko jest zauważyć coś, co praktycznie nie przybiera rozmiarów.
Nie zauważysz mojej blizny na twarzy, dopóki nie powiem Ci, w którym miejscu się znajduje. Nie zostało w nas nic z dziecięcości. Dorośliśmy. Mniej lub bardziej, ale niestety - stało się. Gdzie te czasy, kiedy całe dnie spędzało się poza domem na grze w chowanego, czy (że ja się nie zabiłam) łażeniu po drzewach? Kiedyś potrafiliśmy śmiać się i cieszyć z byle czego. Teraz powinno być tak samo. Może jesteśmy bardziej świadomi tego, co się obok nas dzieje. Może powiedzenie "małe dziecko - mały kłopot, duże dziecko - duży kłopot" odczytane nieco inaczej... ma sens. Tylko, że podobno to wyjątek potwierdza regułę, więc dlaczego nie być tym wyjątkiem?
Tajemnica szczęścia podobno polega na tym, że żeby cieszyć się z dużych rzeczy, najpierw trzeba cieszyć się z małych. Radość nie ma ceny, jest za darmo, więc dlaczego z niej nie korzystać?
Dziwi mnie to, że w dzisiejszych czasach nieco modne stało się bycie smutnym i nieszczęśliwym. Na siłę próbujemy pokazać światu, że to my jesteśmy w gorszej sytuacji i to nam trzeba współczuć. Mimo wszystko trzeba się starać chodzić z podniesioną głową i omijać te wszystkie ewentualne smutki. Po co samemu dobijać się jeszcze bardziej? Nie prościej jest zadbać o własne szczęście i walczyć o nie? Tak po prostu...
Do pełni szczęścia brakuje mi teraz jakiegoś ogniska, ale takiego gitarą, plecakami i namiotem. Gdzieś w podróży. Do pełni szczęścia brakuje mi teraz gór i wycieczek. Do pełni szczęścia brakuje mi teraz jakiejś podróży. Ochhh, wakacje... muszą być niesamowite.
Pora wziąć sprawy w swoje ręce i zawalczyć o to, na czym nam zależy. Nie patrzeć na zdanie innych ludzi i na ich opinie. Pora w końcu zacząć myśleć o tym, co być może uczyni nas szczęśliwymi.
niedziela, 15 grudnia 2013
16
Poprzednio poruszyłam temat ludzi pasji i nie potrafię tego teraz tak po prostu ominąć. Przydałoby się trochę przetłumaczyć na język polski to, co mi się kłębi w głowie.
Spotkałam w swoim życiu wielu ludzi. Jedni tak jak przyszli, tak i odeszli, ale ta druga grupa została. Nawet jeśli nie w moim życiu to w mojej głowie. Dlaczego? Musieli mieć w sobie coś nie do podrobienia, coś, czego nie mieli tamci, o których już nawet nie pamiętam.
Oczy. Oczy są wyznacznikiem prawdziwości, ludzkiego spełnienia, wszystkiego, co kocha, wszystkiego, co w nim siedzi. To wszystko widać w oczach. łatwo oszukać kogoś fałszywym uśmiechem, wystarczy trochę siły do podniesienia kącików ust, ale nigdy nie oszukasz nikogo, kto zwróci uwagę na twoje oczy. W oczach mieści się wszystko co w danym momencie czujesz. Po oczach widać, czy jesteś smutny, po oczach widać, czy jest w tobie radość. Oczy są wyznacznikiem emocji, naprawdę.
I takim właśnie akcentem chcę nawiązać do ludzi pasji. U nich wszystko mieści się w oczach. To już nawet nie chodzi o gestykulację, ton głosu, ekscytację, gdy opowiadają o tym, co tak kochają... To chodzi o oczy. Błysk, który jest bardzo charakterystyczny. Błysk, którego nie da utożsamić się z niczym innym, bo... po prostu nie da rady. Nie spojrzysz na osobę, która opowiada o kolejnym koncercie na którym była i nie pomyślisz: "Noo, znowu pił, oczy mu się błyszczą". Po prostu widzisz, wiesz o czym ta osoba mówi.
Człowiek, który wie co kocha i zna swoją wartość, swoje możliwości w tym co robi, ma już jakiś cel (podobno żyje się do momentu, kiedy ten cel się widzi).
Na koncercie Glena Hansarda and The Frames, nie mogłam oderwać wzroku od twarzy artysty. Widać było po nim wszystko, całą jego historię, to co czuł, gdy śpiewał. Tego się opisać po prostu nie da, niemożliwe. Ten, kto był ze mną w tamtej chwili, wie o czym piszę, inni mogą się tylko domyślać, albo znowu stwierdzić: "Przestań pieprzyć". Nieistotne.
W każdym razie wspomniany przeze mnie już jakieś sto razy człowiek pasji, to człowiek naprawdę niesamowity, człowiek z którym każda spędzona chwila zalicza się do tych dobrze spędzonych i niezmarnowanych, bo jeśli taka osoba opowiada ci o takich rzeczach, masz w pewnym sensie wgląd w jej serce. Potrzeba jak najwięcej takich ludzi.
Spotkałam w swoim życiu wielu ludzi. Jedni tak jak przyszli, tak i odeszli, ale ta druga grupa została. Nawet jeśli nie w moim życiu to w mojej głowie. Dlaczego? Musieli mieć w sobie coś nie do podrobienia, coś, czego nie mieli tamci, o których już nawet nie pamiętam.
Oczy. Oczy są wyznacznikiem prawdziwości, ludzkiego spełnienia, wszystkiego, co kocha, wszystkiego, co w nim siedzi. To wszystko widać w oczach. łatwo oszukać kogoś fałszywym uśmiechem, wystarczy trochę siły do podniesienia kącików ust, ale nigdy nie oszukasz nikogo, kto zwróci uwagę na twoje oczy. W oczach mieści się wszystko co w danym momencie czujesz. Po oczach widać, czy jesteś smutny, po oczach widać, czy jest w tobie radość. Oczy są wyznacznikiem emocji, naprawdę.
I takim właśnie akcentem chcę nawiązać do ludzi pasji. U nich wszystko mieści się w oczach. To już nawet nie chodzi o gestykulację, ton głosu, ekscytację, gdy opowiadają o tym, co tak kochają... To chodzi o oczy. Błysk, który jest bardzo charakterystyczny. Błysk, którego nie da utożsamić się z niczym innym, bo... po prostu nie da rady. Nie spojrzysz na osobę, która opowiada o kolejnym koncercie na którym była i nie pomyślisz: "Noo, znowu pił, oczy mu się błyszczą". Po prostu widzisz, wiesz o czym ta osoba mówi.
Człowiek, który wie co kocha i zna swoją wartość, swoje możliwości w tym co robi, ma już jakiś cel (podobno żyje się do momentu, kiedy ten cel się widzi).
Na koncercie Glena Hansarda and The Frames, nie mogłam oderwać wzroku od twarzy artysty. Widać było po nim wszystko, całą jego historię, to co czuł, gdy śpiewał. Tego się opisać po prostu nie da, niemożliwe. Ten, kto był ze mną w tamtej chwili, wie o czym piszę, inni mogą się tylko domyślać, albo znowu stwierdzić: "Przestań pieprzyć". Nieistotne.
W każdym razie wspomniany przeze mnie już jakieś sto razy człowiek pasji, to człowiek naprawdę niesamowity, człowiek z którym każda spędzona chwila zalicza się do tych dobrze spędzonych i niezmarnowanych, bo jeśli taka osoba opowiada ci o takich rzeczach, masz w pewnym sensie wgląd w jej serce. Potrzeba jak najwięcej takich ludzi.
piątek, 13 grudnia 2013
15
Kolejny wieczór zapalam kadzidełka, włączam muzykę, zakopuję się pod kołdrą i staram się odpocząć. To był ciężki i dziwny tydzień. To był ciężki i dziwny miesiąc... Ciężki i dziwny rok.
Kończy się staruszek dwa tysiące trzynasty, trzeba zacząć jako takie podsumowanie, może coś sobie postanowić, jakoś się poprawić, podreperować swój charakter, postawić sobie kolejne cele.
Nikt nie jet idealny, podobno całe życie się uczymy i całe życie się naprawiamy. Czasem potrzebujemy wskazówek, pomocy, czegokolwiek co nas dobrze nakieruje. Uczciwych ludzi.
Już niedługo styczeń, kolejne 365 dni do przodu. Bogatsza o kolejne doświadczenia, bogatsza o kolejnych ludzi, o nic nie biedniejsza.
Trzeba postawić sobie jakiś cel. Jaki? Jeszcze nie wiem... Jak na razie chcę się rozwijać w kierunku, na którym zależy mi najbardziej, w kierunku, który zajmuje 99% mojego życia - w kierunku muzyki. Chcę grać, chcę śpiewać, chcę jeździć na koncerty. Chcę sobie dołączyć do jakiegoś zespołu/projektu/formacji, w której będę mogła sobie podśpiewywać moje ulubione kawałki. Chcę czuć, że to co robię ma sens i że oprócz sprawiania mi przyjemności, sprawia też przyjemność innym ludziom.
Pearl Jam... w Polsce no. Tak, to chyba załączę do moich malutkich celów. Tyle czekałam, a teraz mam okazję. Dopóki jest się młodym, trzeba korzystać (podobno). Dopóki jest się młodym, trzeba jeździć... No to ja już mam plany. Chcę pojechać do tej Gdyni i ich usłyszeć. Oby w dobrym towarzystwie. Najlepiej ludzi pasji.
Ludzie pasji to ludzie chyba najbardziej niesamowici. Masz pasję, masz po co żyć. Nieważne, czy jest to motoryzacja, gra na gitarze, śpiewanie, podróże, oglądanie filmów, cokolwiek. Ważne, żeby mieć pasję. Wtedy masz w oczach błysk, jakiego nie posiada nikt inny, błysk, którego nie da się podrobić. Trzeba działać.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
14
W moim życiu ostatnimi czasy pojawia się zbyt dużo przypadków, które mają zbyt duży wpływ na to jak jest i jak być może będzie. To trochę niepokojące, bo przecież na przypadki nie ma się wpływu. Ma się jedynie wpływ na to, jak się na nie reaguje, ale to też trzeba w sobie dobrze wyćwiczyć. Takie rzeczy nie są dla mnie. Dla osoby "w gorącej wodzie kąpanej", dość cierpliwej, jednak nie zawsze, dla osoby, która nie lubi stać za długo w tym samym miejscu.
Nie lubię, nie cierpię, nienawidzę być non stop w jednym punkcie, robić codziennie te same rzeczy, stać jak stałam, myśleć jak myślałam. Nie potrafię. To rzecz, która dobija mnie chyba najbardziej ze wszystkiego - monotonia. Jestem typem człowieka, który musi codziennie doznawać czegoś innego, czegoś nowego, chociażby miało to oznaczać nową piosenkę, nowy film, nowy szlak, którym pójdę na spacer, czy nową książkę. Szare, identyczne dni nie są dla mnie. Moje przyszłe życie pod tym względem widzi mi się kolorowo.
Chciałabym podróżować, jeździć, zwiedzać. Robić wszystko oby tylko nie siedzieć w miejscu. Może to dlatego tak dużo bujam w obłokach, wymyślam kolejne trasy koncertowe, kolejne wycieczki, nowych ludzi, których mogłabym poznać i muzyków, z którymi chciałabym współpracować. Pora jesień-zima ma to do siebie, że bardzo mnie ogranicza. Jestem przywiązana do szkoły, a co za tym idzie, nie stać mnie na razie na jakąś większą spontaniczność.
Za to wakacje... wakacje. Te muszą być niesamowite, muszą zostać w mojej głowie na miliony dni, muszą zagnieździć się tam i wywoływać jedynie przyjemne wspomnienia. Muszę zadbać o to, żeby nie zmarnować tych dwóch miesięcy, na które jeszcze sobie poczekam.
Na razie stanowczo za ciężko jest się od kogoś uzależnić. Ostatnimi czasy potrzebuję azylu, w którym znajdę choć trochę spokoju i odetnę się chwilowo od wszystkiego co na zewnątrz. W swoim małym drewnianym pokoiku na poddaszu mogę dosłownie wszystko. Drewno sprzyja myśleniu i wyobraźni. Dlatego za oknem mam las...
Drewniany dom wśród drzew, pamiętaj.
wtorek, 26 listopada 2013
13
Marzę sobie. Planuję swoje zielono-biało-pomarańczowe wakacje. Muszę spełnić wreszcie swoje marzenie, które siedzi w mojej głowie już... jakiś czas. Siedzenie w miejscu nie jest dla mnie. Nicnierobienie też nie jest w moim stylu. Nie mogłabym pojechać do nowego miejsca i nic nie zwiedzić. Takie marnotrawstwo, a tak wiele ludzi działa właśnie w ten sposób.
Chcieć, znaczy móc.
Plans...go!
Plans...go!
Bantry House
Rezydencja, której rozbudowę zaczęto w 1820 roku. Aktualnie otwarta dla turystów (całe szczęście). Oooj, piękności, niesamowitości.
Pierścień Kerry
170-kilometrowa trasa, jeden z najpopularniejszych szlaków turystycznych Irlandii. Zabytki i natura - obowiązkowo.
Rock of Cashel
Zespół średniowiecznych zabudowań. Cudowny musi być widok. IX-XIII wiek. Must visit.
Wyspy Aran
Trzy wyspy: Inishmor, Inishmeain i Inisheer, które leżą na wodach zatoki Galway. Podobno pozawalają poznać Irlandię taką, jaką była na początku. Zielone Wyspy, tak się przecież mówi. Średniowieczne budynki i fort Dun Aonghasa. Achhh...
Grobla Olbrzyma
Formacja skalna w Irlandii Północnej. Jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Tara
"Tara to dawna siedziba najwyższych królów Irlandii i źródło wielu legend. Obecnie przypomina niewielkie pole golfowe. Trzeba włożyć sporo wysiłku, aby wyobrazić sobie pałac z drewna i wikliny, po którym pozostały jedynie bruzdy na powierzchni ziemi."
Croagh Patric
"To bardzo ważne miejsce związane z kultem św. Patryka, patrona Irlandii. Jest to góra osiągająca 772 m, najwyższa w okolicy. Góra ta jest dla Irlandczyków święta. Od wieków wędrują na nią pielgrzymki w marcu, lipcu i sierpniu. Na szczycie odprawiana jest msza, a najbardziej wytrwali pielgrzymi poszczą i wędrują boso"
DUBLIN
Miasto (stolica Irlandii), położone na wschodnim wybrzeżu Irlandii (moje marzenie), nad Morzem Irlandzkim, u ujścia rzeki Liffey do Zatoki Dublińskiej.
Jeszcze trochę, jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę...
niedziela, 24 listopada 2013
12
Nie mogę pozbierać kawałeczków swojej świadomości. Nie potrafię wrócić do rzeczywistości i tak bardzo ciężko jest mi w jakikolwiek sposób funkcjonować. Ja tak bardzo nie chcę wracać, tak bardzo nie chcę żyć kolejnymi dniami. Chcę tam wrócić i znowu być z tymi ludźmi. Chcę znowu czuć to, co czułam przez najpiękniejsze pięć godzin w moim życiu.
Warszawa. Palladium. 22.11.2013. 19:00. Glen Hansard and The Frames. I od tego momentu nic już nie będzie takie samo. Pierwszy raz czegoś takiego doświadczyłam. Pierwszy raz byłam na koncercie, który tak bardzo wstrząsnął mną i wszystkimi dookoła. Dlaczego? Nie wiem. Może w tekstach były zawarte cząstki mojego życia, kawałki, z którymi się utożsamiałam. Głos... Ciarki. Pierwszy raz w życiu. Pierwszy raz, kiedy muzyka nie była łańcuchem dźwięków, tylko łańcuchem zbudowanym z ludzkiej duszy. Pierwszy raz. Pierwszy. Pierwszy...
Do tej pory plącze się we mnie wszystko. Do tej pory nie do końca wiem, co się ze mną dzieje. Potrzebowałam dwóch dni, żeby jako tako ochłonąć i móc cokolwiek tutaj napisać. Ale przecież to nie jest jeszcze ten stan, w którym powiem: "Tak, było pięknie, no ale minęło. Nic nie poradzę." Teraz jestem bardziej jak: "Boże, dziękuję Ci, że mogłam tam być. Z tymi wszystkimi ludźmi, pół metra od sceny, że mogłam być w niebie przez godzinę czekania, godzinę supportu i trzy godziny tego właściwego występu". Nie jestem w stanie. Nie jestem w stanie stwierdzić jak będzie i co będzie dalej. I może dziwnie to wygląda. Ale osoba, która tego nie przeżyła, nie jest w stanie ocenić, co przeżyłam ja. Tyle szczęścia, tyle nieba przez tak krótki czas. Tyle łez...
Artysta, który płacze śpiewając własne piosenki i zapewne przypomina sobie co się działo w jego życiu w momencie, kiedy śpiewał je po raz pierwszy, to coś niesamowitego. Być na tyle blisko sceny, żeby widzieć łzy artysty, które leją mu się po policzkach. I w tym momencie samemu nie móc się powstrzymać od łez.
Glen Hansard, artysta duszy. Bez wątpienia artysta duszy. Człowiek pokroju tych, których uwielbiasz od samego początku. Człowiek pokroju tych, których chcesz przytulić od razu jak ich widzisz. Człowiek, któremu chcesz powiedzieć "Dziękuję".
Muzyka zmienia duszę człowieka i nikt nie wmówi mi, że tak nie jest, bo jest. Muzyka zmienia człowieka, zmienia jego nastawienie do niektórych spraw. I we mnie się chyba od tego momentu zmieniło.
Nie, wcale nie ochłonęłam, nie chcę ochłonąć. Chcę się cały czas nakręcać na to co było. Chcę tam wrócić. Do ludzi, którzy są tacy sami jak ja. Chcę tam znowu być.
Moja fascynacja Irlandią trwa już jakiś czas. To przez Irlandię zainteresowałam się Glenem. Loty do Dublina nie są drogie. Zrealizuję swoje największe marzenie. Zrealizuję to, bo niesamowicie tego chcę. Ucieknę.
Warszawa. Palladium. 22.11.2013. 19:00. Glen Hansard and The Frames. I od tego momentu nic już nie będzie takie samo. Pierwszy raz czegoś takiego doświadczyłam. Pierwszy raz byłam na koncercie, który tak bardzo wstrząsnął mną i wszystkimi dookoła. Dlaczego? Nie wiem. Może w tekstach były zawarte cząstki mojego życia, kawałki, z którymi się utożsamiałam. Głos... Ciarki. Pierwszy raz w życiu. Pierwszy raz, kiedy muzyka nie była łańcuchem dźwięków, tylko łańcuchem zbudowanym z ludzkiej duszy. Pierwszy raz. Pierwszy. Pierwszy...
Do tej pory plącze się we mnie wszystko. Do tej pory nie do końca wiem, co się ze mną dzieje. Potrzebowałam dwóch dni, żeby jako tako ochłonąć i móc cokolwiek tutaj napisać. Ale przecież to nie jest jeszcze ten stan, w którym powiem: "Tak, było pięknie, no ale minęło. Nic nie poradzę." Teraz jestem bardziej jak: "Boże, dziękuję Ci, że mogłam tam być. Z tymi wszystkimi ludźmi, pół metra od sceny, że mogłam być w niebie przez godzinę czekania, godzinę supportu i trzy godziny tego właściwego występu". Nie jestem w stanie. Nie jestem w stanie stwierdzić jak będzie i co będzie dalej. I może dziwnie to wygląda. Ale osoba, która tego nie przeżyła, nie jest w stanie ocenić, co przeżyłam ja. Tyle szczęścia, tyle nieba przez tak krótki czas. Tyle łez...
Artysta, który płacze śpiewając własne piosenki i zapewne przypomina sobie co się działo w jego życiu w momencie, kiedy śpiewał je po raz pierwszy, to coś niesamowitego. Być na tyle blisko sceny, żeby widzieć łzy artysty, które leją mu się po policzkach. I w tym momencie samemu nie móc się powstrzymać od łez.
Glen Hansard, artysta duszy. Bez wątpienia artysta duszy. Człowiek pokroju tych, których uwielbiasz od samego początku. Człowiek pokroju tych, których chcesz przytulić od razu jak ich widzisz. Człowiek, któremu chcesz powiedzieć "Dziękuję".
Muzyka zmienia duszę człowieka i nikt nie wmówi mi, że tak nie jest, bo jest. Muzyka zmienia człowieka, zmienia jego nastawienie do niektórych spraw. I we mnie się chyba od tego momentu zmieniło.
Nie, wcale nie ochłonęłam, nie chcę ochłonąć. Chcę się cały czas nakręcać na to co było. Chcę tam wrócić. Do ludzi, którzy są tacy sami jak ja. Chcę tam znowu być.
Moja fascynacja Irlandią trwa już jakiś czas. To przez Irlandię zainteresowałam się Glenem. Loty do Dublina nie są drogie. Zrealizuję swoje największe marzenie. Zrealizuję to, bo niesamowicie tego chcę. Ucieknę.
Ilu artystów wychodzi z publicznością do holu i śpiewa z nimi siedząc na schodach, no ilu? Glen i The Frames na pewno...
środa, 13 listopada 2013
11
Przydałoby się trochę pozytywnego myślenia w tym naszym szarym momentami życiu. Właściwie to po co zostawiać je szarym? Moglibyśmy przecież pokolorować je milionem barw tak, żeby już nigdy nie narzekać na to, że tutaj monotonia, tam nudno, jeszcze gdzieś indziej smutno. Przecież całe nasze życie zależy od nas i od naszego podejścia do tych wszystkich sytuacji. Więc dlaczego właściwie nie zacząć od dzisiaj? To pozostawię sobie do przemyślenia na noc...
Nocą najlepiej się myśli (chyba większość ludzi o tym wie). Nocą łatwiej mi się wypowiada to co czuję. Nocą wszystko jest szczere (czasem się tego boję, naprawdę). Nocą nic nie da się ukryć. Już w sumie nie pamiętam kiedy ostatnio przespałam normalnie całą noc, bo te wszystkie wydarzenia, które miały jako takie miejsce w moim życiu ostatnimi czasy, bardzo wpłynęły na moją rozwijającą się już chwilę wcześniej bezsenność. Więc w takim wypadku moje noce wyglądają bardziej jak leżenie, patrzenie się w sufit i analizowanie po kawałku tego co było, tego co jest i tego co będzie.
Doszłam do wniosku, że żyć trzeba obierając sobie jakiś cel. Cały czas do niego dążyć. Biedni są ludzie, którzy takowego nie posiadają i niczym ważnym się nie kierują. Żyją z dnia na dzień. Od rana do wieczora, od wieczora do rana. Nie mają pomysłu na życie, nie dążą do niczego, nie realizują ani marzeń, ani siebie. Biedni są ludzie, którzy nie posiadają tych swoich ustalonych wartości. Biedni są ludzie, którzy w nic nie wierzą. Biedni są ludzie, którym na niczym nie zależy, których nic nie obchodzi. Ci ludzie to chyba kwintesencja ludzkiej porażki, ludzkiego smutku i nieszczęścia. Nigdy nie można dopuścić do tego, aby tak się zaniedbać. Nie można dopuścić do zgubienia tego, co jest w nas "nasze".
Nocą najlepiej się myśli (chyba większość ludzi o tym wie). Nocą łatwiej mi się wypowiada to co czuję. Nocą wszystko jest szczere (czasem się tego boję, naprawdę). Nocą nic nie da się ukryć. Już w sumie nie pamiętam kiedy ostatnio przespałam normalnie całą noc, bo te wszystkie wydarzenia, które miały jako takie miejsce w moim życiu ostatnimi czasy, bardzo wpłynęły na moją rozwijającą się już chwilę wcześniej bezsenność. Więc w takim wypadku moje noce wyglądają bardziej jak leżenie, patrzenie się w sufit i analizowanie po kawałku tego co było, tego co jest i tego co będzie.
Doszłam do wniosku, że żyć trzeba obierając sobie jakiś cel. Cały czas do niego dążyć. Biedni są ludzie, którzy takowego nie posiadają i niczym ważnym się nie kierują. Żyją z dnia na dzień. Od rana do wieczora, od wieczora do rana. Nie mają pomysłu na życie, nie dążą do niczego, nie realizują ani marzeń, ani siebie. Biedni są ludzie, którzy nie posiadają tych swoich ustalonych wartości. Biedni są ludzie, którzy w nic nie wierzą. Biedni są ludzie, którym na niczym nie zależy, których nic nie obchodzi. Ci ludzie to chyba kwintesencja ludzkiej porażki, ludzkiego smutku i nieszczęścia. Nigdy nie można dopuścić do tego, aby tak się zaniedbać. Nie można dopuścić do zgubienia tego, co jest w nas "nasze".
poniedziałek, 11 listopada 2013
10
Powolutku, powolutku wycofuję się do miejsca, w którym stałam mniej więcej rok temu o tej porze. Ludzi się zyskuje i ludzi się traci. Ważne, żeby w tym wszystkim za bardzo nie zgubić siebie, a mi się to chyba zaczyna udawać. Ostatnimi czasy sama nie wiem, gdzie jestem, na jakim etapie, co mam robić, po co, dlaczego i jak reagować. Wypaliłam się trochę i uczucia, które wcześniej mi towarzyszyły nie objawiają się już tak bardzo na zewnątrz. Wewnętrznie to co innego. Wewnętrznie cały czas są obecne, tylko bardzo mocno schowane, ukryte przed całym światem.
W ciągu ostatnich dni stwierdziłam, że ciężko będzie zaufać ponownie jakiejkolwiek osobie tak w stu procentach. Dobrze mi się dostało za tę moją ufność w stosunku do ludzi. Ale tak już jest. Jak się bardzo pragnie zrozumienia, to potem zdarzają się i kłopoty.
Czym jest w ogóle zaufanie? Przekonaniem o tym, że drugi człowiek nigdy nas nie zawiedzie. Przekonaniem o sensie dzielenia życia z człowiekiem, któremu zaufaliśmy. Przekonaniem o tym, że jest szansa na spełnienie marzeń a osoba której zaufaliśmy nam pomoże.
Co powinnam zrobić? Poczekać. Przeczekać. Zaczekać. Nie czekać. Iść. Uciec. Odciąć się. Zbiór czynności oczywistych, które dla mnie oczywiste się nie wydają. Co powinnam zrobić? Nie wiem. Co zrobię? Kolejny wieczór zakopię się pod kołdrą i pójdę spać. Sen lekiem na wszystko (podobno).
W ciągu ostatnich dni stwierdziłam, że ciężko będzie zaufać ponownie jakiejkolwiek osobie tak w stu procentach. Dobrze mi się dostało za tę moją ufność w stosunku do ludzi. Ale tak już jest. Jak się bardzo pragnie zrozumienia, to potem zdarzają się i kłopoty.
Czym jest w ogóle zaufanie? Przekonaniem o tym, że drugi człowiek nigdy nas nie zawiedzie. Przekonaniem o sensie dzielenia życia z człowiekiem, któremu zaufaliśmy. Przekonaniem o tym, że jest szansa na spełnienie marzeń a osoba której zaufaliśmy nam pomoże.
Co powinnam zrobić? Poczekać. Przeczekać. Zaczekać. Nie czekać. Iść. Uciec. Odciąć się. Zbiór czynności oczywistych, które dla mnie oczywiste się nie wydają. Co powinnam zrobić? Nie wiem. Co zrobię? Kolejny wieczór zakopię się pod kołdrą i pójdę spać. Sen lekiem na wszystko (podobno).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

















































